A.
Najlepiej jest niczego nie oczekiwać. Nie myśleć, jakie coś powinno być, nie szukać spolegliwości (o proszę, a byłam pewna, że nigdy nie użyję tego słowa), wyzbyć się poczucia, że ktokolwiek do nas należy, że czegoś powinniśmy się spodziewać. Dzięki temu czyjaś wola, żeby z nami być (w szerokim rozumieniu), nabiera jakiejś cudowności. Dzięki temu pozbywamy się ryzyka rozczarowań. Możemy tylko wciąż na nowo zachwycać się, kiedy się na siebie otwieramy, a jeśli nie, wtedy nie czujemy goryczy. Uwielbiam być zaskakiwana tym, że tyle mnie z kimś łączy, mimo że nie wyobrażałam sobie nawet, że cokolwiek będzie. Przypadkowe zespolenia, bez presji, że powinny zaistnieć, że powinny się utrzymywać. Bez tworzenia tej zabawy dla kilkulatków w dopasowywanie kształtów. Bez przygotowywania form o określonych konturach, które ktoś ma wypełniać. Trójkąt w trójkąt, gwiazdka w gwiazdkę. Odwrotnie. Lepiej dostrzegać po fakcie, że coś się dopasowało i się tym zadziwiać.
B.
Nawet nie wiemy jak bardzo jesteśmy zdolni do tego, aby kreować coś, co pojmujemy jako jakąś zewnętrzność. Możemy swoimi myślami stwarzać swoją przyszłość (od razu nasunęła mi się czeska budoucnost, nie jest taka napuszona). Chyba sama trochę boję się w to wierzyć, chociaż w sumie nie wiem czemu. Myślę, że może taka wizja obarcza mnie zbyt dużym poczuciem odpowiedzialności za siebie i za to, co mnie czeka. Mimo to jakoś nie mogę odrzucić tej teorii. Przytrafiło mi się zbyt wiele rzeczy, które sobie "wyśniłam". Nieświadomie, ale w jakiś niemal przewidujący sposób. Tylko, że pod "przewidywanianiem" pobrzmiewa jakieś przekonanie, że to, co nas czeka, jest już ustalone i tylko czasem do nas przecieka jako przeczucie. A przecież może mieć to inną chronologię. Może właśnie to, że o TYM intensywnie myślimy, że TEGO pragniemy sprawia, że w końcu się nam TO wydarza.
Czuję się jakbym sama sobie zaprzeczała. Moje A i moje B jakoś się ze sobą kłócą. Teoretycznie oczywiście nie - można wizualizować przyszłość dzień po dniu, tworzyć idealne scenariusze, przeżywać je jakby były teraźniejszością, a jednocześnie pozwalać jej (przyszłości) na małe nieposłuszeństwa, zdawać sobie sprawę, że czas realizacji wyznaczonych przez nas "zadań" nie jest w żaden sposób określony. Można budować myślami budoucnost, ale jednocześnie nie oczekiwać od niej, że zajmie dokładnie wyznaczone przez nas miejsce. Teoretycznie. Ale to nie takie proste. Zresztą im dalej w las, tym bardziej dochodzę do wniosku, że nawet w teorii się to nie zgrywa. Wychodzi na to, że wierzę w sprzeczności.
Ostatnio piszę jak jakaś wariatka. Obiecuję, że niedługo znowu wrzucę coś o studiach, muzyce, dobrym lub złym humorze albo spóźniającej się miesiączce.
Tęsknię za Felicją. Nie wiem co z nią jest.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz