piątek, 11 września 2009

Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga. Chodź, opowiem Ci bajeczkę. Bajka będzie długa.

Nadszedł ten czas, kiedy nie możesz się pomalować, bo rzęsy są za mokre, żeby przyjąć tusz, a kropla drąży puder (w kamieniu, swoją drogą).

Była sobie królewna, czasem śpiąca. Na razie na szczęście nie miała siedmiu krasnoludków. Była to księżniczka okropnie nudna, bo szczęśliwa jak żadna inna księżniczka z żadnej innej bajki. Miała ona bowiem swojego księcia na białym koniu, który nawet nie musiał wspinać się po jej warkoczu do wieży ani zabijać smoka, chociaż gdyby musiał, na pewno by umiał. Był idealny - przystojny, rycerski, zabawny, inteligentny. Wyglądał trochę jak chłopiec z mangi, ale nie mieszajmy konwencji. Książę lubił majsterkować, a szczególnie malować ściany na różowo oraz robić w nich dziurki wkrętarką, żeby dało się powiesić różne obrazki. Specjalizował się również w skręcaniu łóżek i szafek w kolorze orzecha. Był bardzo wysportowany! Chodził na basen i na aikido. Zawsze umiał pocieszyć księżniczkę - kiedy była smutna, dawał jej fioletowy lakier do paznokci i książkę Nabokova w fioletowej okładce z okazji imienin, które miała za dwa tygodnie. Wiedział bowiem doskonale, że jego wybranka uwielbia fioletowy i chciała zgłębić Nabokova. Książę był po prostu niewiarygodnie dobry, cierpliwy, niewzruszony jak głaz wobec jej wybuchów rozpaczy (w tym dobrym sensie, bo był jej podporą). Kiedy księżniczka miała TE kapryśne dni, książę głaskał ją po głowie, całował w policzki i spoglądał z rozczuleniem, wysłuchując całego tego marudzenia, bo wiedział, że jutro przejdzie jej jak zwykle. Księżniczka co jakiś czas musiała prosić swoją Damę Dworu Do Szczypania, żeby ją szczypała, bo nie mogła uwierzyć, że jej książę istnieje.

Księżniczka nie była jednak o dziwo bezustannie wesoła. Było coś, co ją co jakiś czas przeokropnie smuciło. Miała ona często wrażenie, że wcale nie cieszyła księcia swoją osobą. Tak jakby książę lubił się nią opiekować, bo wypełniał tym samym rycerskie ideały. Jakby należała do księcia tylko ze względu na swoją księżniczkową instytucję, a nie ze względu na to, że jest akurat TĄ księżniczką. Czasami jej koleżanki księżniczki dziwiły się, że marudzi. Mówiły, że przecież ma wszystko, książę daje jej całego siebie. "Naprawdę nie wiesz, jakie masz szczęście, że masz takiego księcia". Była to wszystko najszczersza prawda, księżniczka była przeszczęśliwa i dumna ze swojego księcia. Nie rozumiały one jednak, że nie była ona księżniczką konformistką i to jej nie wystarczało. Też chciała oddawać siebie. Też chciała, żeby czuł, że ma szczęście, że ma taką księżniczkę. Nie dlatego, że sądziła, że jest jakąś wyjątkową księżniczką, ale dlatego, że zasłużył, żeby taką mieć. Chciała go fascynować, porywać, zadziwiać. Chciała dawać mu szczęście. Mówił, że też od niej dużo bierze, ale ona nie wiedziała kiedy. I nie wiedziała co sobie z niej wybiera, co w niej lubi. Była najszczęśliwszą na świecie niespełnioną księżniczką.

Już ci nigdy nie uwierzę, iskiereczko mała. Najpierw błyśniesz, potem gaśniesz. Ot i bajka cała.

8 komentarzy:

atyde pisze...

Dodam, że ciągle jestem z Wiktorkiem! :) A czas przeszły to tylko konwencja bajkowa. Tak, żeby uspokoić :]

atyde pisze...

Poza tym już mi trochę lepiej :)

olga pisze...

to ja dodam (zaspokojona juz po wszelkich watpliwosciach) ze w tytule powinno byc "chodz" a nie "choc":>

atyde pisze...

Faktycznie! Już poprawiam ^^

Filologia pisze...

super notka! pozdrawiam

lady aldonna pisze...

ej, strach i groza! dobrze, że wyjaśniłaś!

Matylda pisze...

właśnie, też się zaczęłam bać :D

atyde pisze...

aj wy głuptasy :P

P.S. Mat, witaj w Polsce!
P.S.2 Ald, jak dobrze, że znowu jesteś internetowa! :)