poniedziałek, 28 września 2009

W głowie kołysze się sennie.

Z nieba padają rzęsiste kasztany. Padają jak grad, najdziwniej na świecie. W powietrzu unosi się zapach wszystkich wspomnień ostatnich jesieni. Wiatr czołgający się przez szparę pod drzwiami buczy rozkosznie demonicznie. Popijam antybiotyk innym świństwem rozpuszczanym w szklance, wypluwam płuca i marzę o wyjściu z klatki. Jeśli chcesz, możesz uznać, że klatka to symbol czegoś wielkiego, może nawet nie tak bardzo się pomylisz, ale prawda jest taka, że pisząc to myślałam o wyjściu z klatki schodowej :) Śmieszna rzecz. Lubię wyjścia z klatki schodowej. Lubię pierwszy wdech jesiennego powietrza, beton pod obcasem, lekki chłód spinający ramiona, drobne rutynowe czynności jak dopięcie ostatniego guzika w marynarce czy odpalenie odtwarzacza mp3, żeby mógł zawładnąć rytmem mego kroku. Marzę też o jutrzejszej podróży pociągiem, nareszcie ostatniej przed definitywnym zamieszkaniem przy Wittiga. O podróży z coraz bardziej zawstydzonymi drzewami za oknem, a w przedziale - z ludźmi znowu grającymi w "ziewanie podaj dalej". Marzę też o moim mieszkaniu, ciągle ubieranym przeze mnie w nowe historie, które jeszcze nie miały miejsca. O mieszkaniu głaskanym nadziejami. O mieszkaniu karmionym bajkowymi wyobrażeniami - Olga budzi mnie arią po rosyjsku, usypia mnie Tiersenem granym na Łukaszowym pianinie.

Mimo że rzężę jak stary dziad, jest cudnie.

piątek, 11 września 2009

Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga. Chodź, opowiem Ci bajeczkę. Bajka będzie długa.

Nadszedł ten czas, kiedy nie możesz się pomalować, bo rzęsy są za mokre, żeby przyjąć tusz, a kropla drąży puder (w kamieniu, swoją drogą).

Była sobie królewna, czasem śpiąca. Na razie na szczęście nie miała siedmiu krasnoludków. Była to księżniczka okropnie nudna, bo szczęśliwa jak żadna inna księżniczka z żadnej innej bajki. Miała ona bowiem swojego księcia na białym koniu, który nawet nie musiał wspinać się po jej warkoczu do wieży ani zabijać smoka, chociaż gdyby musiał, na pewno by umiał. Był idealny - przystojny, rycerski, zabawny, inteligentny. Wyglądał trochę jak chłopiec z mangi, ale nie mieszajmy konwencji. Książę lubił majsterkować, a szczególnie malować ściany na różowo oraz robić w nich dziurki wkrętarką, żeby dało się powiesić różne obrazki. Specjalizował się również w skręcaniu łóżek i szafek w kolorze orzecha. Był bardzo wysportowany! Chodził na basen i na aikido. Zawsze umiał pocieszyć księżniczkę - kiedy była smutna, dawał jej fioletowy lakier do paznokci i książkę Nabokova w fioletowej okładce z okazji imienin, które miała za dwa tygodnie. Wiedział bowiem doskonale, że jego wybranka uwielbia fioletowy i chciała zgłębić Nabokova. Książę był po prostu niewiarygodnie dobry, cierpliwy, niewzruszony jak głaz wobec jej wybuchów rozpaczy (w tym dobrym sensie, bo był jej podporą). Kiedy księżniczka miała TE kapryśne dni, książę głaskał ją po głowie, całował w policzki i spoglądał z rozczuleniem, wysłuchując całego tego marudzenia, bo wiedział, że jutro przejdzie jej jak zwykle. Księżniczka co jakiś czas musiała prosić swoją Damę Dworu Do Szczypania, żeby ją szczypała, bo nie mogła uwierzyć, że jej książę istnieje.

Księżniczka nie była jednak o dziwo bezustannie wesoła. Było coś, co ją co jakiś czas przeokropnie smuciło. Miała ona często wrażenie, że wcale nie cieszyła księcia swoją osobą. Tak jakby książę lubił się nią opiekować, bo wypełniał tym samym rycerskie ideały. Jakby należała do księcia tylko ze względu na swoją księżniczkową instytucję, a nie ze względu na to, że jest akurat TĄ księżniczką. Czasami jej koleżanki księżniczki dziwiły się, że marudzi. Mówiły, że przecież ma wszystko, książę daje jej całego siebie. "Naprawdę nie wiesz, jakie masz szczęście, że masz takiego księcia". Była to wszystko najszczersza prawda, księżniczka była przeszczęśliwa i dumna ze swojego księcia. Nie rozumiały one jednak, że nie była ona księżniczką konformistką i to jej nie wystarczało. Też chciała oddawać siebie. Też chciała, żeby czuł, że ma szczęście, że ma taką księżniczkę. Nie dlatego, że sądziła, że jest jakąś wyjątkową księżniczką, ale dlatego, że zasłużył, żeby taką mieć. Chciała go fascynować, porywać, zadziwiać. Chciała dawać mu szczęście. Mówił, że też od niej dużo bierze, ale ona nie wiedziała kiedy. I nie wiedziała co sobie z niej wybiera, co w niej lubi. Była najszczęśliwszą na świecie niespełnioną księżniczką.

Już ci nigdy nie uwierzę, iskiereczko mała. Najpierw błyśniesz, potem gaśniesz. Ot i bajka cała.

piątek, 4 września 2009

Ja wolę życie łykać jak suchą bułę pelikan :)

Kiedy pan Korpysz w swojej ciasnej klitce zasypanej słowami Norwida opowiadał nam o tym, że według niego najciekawsze są przełomy i granice, gdzie wszystko się zaciera i przeplata, pomyślałam sobie "To taka prawda!", ale za bardzo skupiłam się na tym, aby zamiast "Właśnie!" nie powiedzieć "Dokładnie!" (bo jak wszyscy wiemy, jest to wstrętne zapożyczenie, na które nie mogłam sobie pozwolić, szczególnie w obecności pana od kultury języka polskiego) i ostatecznie nie powiedziałam nic, chociaż uważam, że jest to doprawdy prawda najprawdzisza na świecie.

Przypomniało mi się, bo właśnie jestem sobie na przełomie. Może nieznacznym, ale jednak. Wszystko się przemienia. Garderoba w okna, piwnica w piąte piętro, Filip i Maciek w Olgę i Husa, lighty Malboro w miętowe L&My, Tunel w jakiś nasz pub, którego jeszcze nie znamy, Naborowski w Mickiewicza, grupa szósta w chaos, słone lato w jesień z granatowym niebem, promienny East West Rockers w Kings of Leon, który kojarzy mi się z graniem ze studni, czereśnie w jarzębiny, a hasanie nago w morzu na kąpiel w kolorowych liściach (z powodu braku materiału dopiero w planach).

Ja też się przemieniam w jakiś nieokreślony jeszcze sposób. Zrzucam stary ogon czy coś. I wróciłam do Olgi. Mam wrażenie, że po jakiejś dłuższej przerwie wróciłyśmy z tym naszym czymś. Michał Targoński mówi o mnie "kobieta", a nie "dziewczyna". Może coś w tym jest. Dobrze mi, ale już przemieniam się w gąbkę. Mam wrażenie, że moje serce jest jamochłonem, który jesienią otwiera pysk.