Przeżywam wiosenną lawinę katharsis.
Nawet nie próbuję pisać pracy rocznej z Historii literatury staropolskiej. Znam się na sobie trochę i wiem, że w sytuacji, kiedy mam coś sklecić, zwykle przez dwa tygodnie histeryzuję, że nigdy tego nie zrobię, po czym kiedy nadchodzi moment kryzysowy i MUSZĘ - siadam i piszę. Wprawdzie dzieje się to zwykle w nocy przed terminem oddania pracy i mam wrażenie, że wyglądam jak smok, z którego para uchodzi uszami i nozdrzami, a moje oczy są przekrwione i wypływają z orbit (tak się skupiam), ale ten sposób zawsze daje jakiśtam rezultat. Postanowiłam, że tym razem przynajmniej wykorzystam czas, który zwykle przeznaczam na panikę, na coś bardziej... życiowego?
Jak więc wyglądają moje ferie wielkanocne? Staram się unikać frustracji, która czasem dopada mnie, gdy czytam forum mojej studenckiej grupy, na którym jej członkowie piszą "Napisałam już trzy strony i nie wiem co dalej! To straszne! (Wprawdzie mam cały tydzień na napisanie pozostałych trzech do siedmiu stron, ale to przecież takie straszne! Wprawdzie nie jestem w takiej dupie jak Edyta Serafin, która nawet nie przeczytała opracowania tekstu, o którym pisze, co więcej, dopiero dziś skończyła czytać samą literaturę podmiotu, ale mimo wszystko jestem skończona!)". Tak, jestem troszkę ironiczna i paskudna :> Owszem, owszem.
Poza unikaniem frustracji nadrabiam zaległości w oglądaniu seriali. Grey's anatomy porywa mnie ostatnio znacznie bardziej niż historia literatury. Przykro mi, to smutne, kajam się :P.
Poza nadrabianiem zaległości w oglądaniu seriali - lawina czegoś w rodzaju katharsis właśnie. Coś się znowu ze mną dzieje. Znowu się wzruszam jak ten ślimak :-)
Jeżdżę z Wiktorem na motocyklu i czuję się magicznie. Motocykliści są jak żeglarze - pozdrawiają się przy mijaniu. Przez to zresztą chce mi się jeszcze bardziej rejsu. I lubię to latanie. Lubię jak włosy wyfruwają mi spod kasku i obijają się o moje plecy. Lubię wychylać się zza prawego ramienia Wiktora i kłaść na nim swoją brodę wtulając się mocniej w jego ogromne w motocyklowej kurtce plecy :). I operować głową tak, żeby przy większych prędkościach nie zatykało mi nosa :P
Znowu odwiedzam dawny pokój Wiktora. Czuję jak wszystko pachnie jak kiedyś, wygląda jak kiedyś, przypomina kiedyś. Pókój, który ma zielone ściany, bo ja wtedy ubóstwiałam zielony. Pokój, który pojawił się w życiu Wiktora później ode mnie i już się skończył. A ja nie.
Z Felicją spędzam sześć godzin (od 21 do 3 w nocy) na naszej osiedlowej ławeczce (takie z nas trochę blokerki :>) i nie możemy przestać gadać. Widzimy się od jednych świąt do drugich, kiedy akurat cudem złoży się tak, że ja jestem w Białymstoku, a Fela nie pracuje ani nie ma zajęć. I nic się nie zmienia. Zupełnie nic. Ciągle znamy się. Ciągle możemy mówić o każdej najgłupszej, najsmutniejszej, najszszęśliwszej czy najdziwniejszej dla nas rzeczy. I mamy podobnie. I czujemy się blisko. Zmieniamy się, ale nie w tych najważniejszych kwestiach. Po dziewięciu latach znajomości (w tym pięciu latach codziennej przyjaźni) przez trzy lata spotykałyśmy się tylko średnio raz w miesiącu. Teraz spotykamy się jeszcze rzadziej. Zupełnie rzadko. I nic. Ciągle musimy same się strofować, że już czas do domu. I nigdy wtedy tam nie idziemy. Ani za pierwszym, ani za drugim, ani za trzecim razem. Dopiero gdy czujemy się jak dwie kostki lodu i dochodzimy do spóźnionego wniosku, że we wczesnowiosenne noce piździ niemalże jak zimą, musimy się rozejść. To też magiczne.
Znowu Białystok i znowu wiosną zrobił we mnie trach. Znowu chce mi się przeżywać :> Chcę się rozpłakiwać, cieszyć, chwytać momenty. Mat, zapytałaś mnie kiedyś co lubię tak naprawdę bardzo, tak najbardziej. Wiem, że chodziło Ci bardziej o hobby, a trudno to nim nazwać, ale ja najbardziej, na pewno, uwielbiam, kocham EMOCJE. Żywe emocje :) Wiem, że jestem paskudnie niesmacznie patetyczna, ale jest mi tak dobrze, że mam to gdzieś.
Więc jak widać naprawdę nie mam głowy ani chęci na pisanie żadnych prac - semestralnych, rocznych czy moich życiowych.
I właściwie w pewien sposób tak cholernie się z tego cieszę :)
Nawet nie próbuję pisać pracy rocznej z Historii literatury staropolskiej. Znam się na sobie trochę i wiem, że w sytuacji, kiedy mam coś sklecić, zwykle przez dwa tygodnie histeryzuję, że nigdy tego nie zrobię, po czym kiedy nadchodzi moment kryzysowy i MUSZĘ - siadam i piszę. Wprawdzie dzieje się to zwykle w nocy przed terminem oddania pracy i mam wrażenie, że wyglądam jak smok, z którego para uchodzi uszami i nozdrzami, a moje oczy są przekrwione i wypływają z orbit (tak się skupiam), ale ten sposób zawsze daje jakiśtam rezultat. Postanowiłam, że tym razem przynajmniej wykorzystam czas, który zwykle przeznaczam na panikę, na coś bardziej... życiowego?
Jak więc wyglądają moje ferie wielkanocne? Staram się unikać frustracji, która czasem dopada mnie, gdy czytam forum mojej studenckiej grupy, na którym jej członkowie piszą "Napisałam już trzy strony i nie wiem co dalej! To straszne! (Wprawdzie mam cały tydzień na napisanie pozostałych trzech do siedmiu stron, ale to przecież takie straszne! Wprawdzie nie jestem w takiej dupie jak Edyta Serafin, która nawet nie przeczytała opracowania tekstu, o którym pisze, co więcej, dopiero dziś skończyła czytać samą literaturę podmiotu, ale mimo wszystko jestem skończona!)". Tak, jestem troszkę ironiczna i paskudna :> Owszem, owszem.
Poza unikaniem frustracji nadrabiam zaległości w oglądaniu seriali. Grey's anatomy porywa mnie ostatnio znacznie bardziej niż historia literatury. Przykro mi, to smutne, kajam się :P.
Poza nadrabianiem zaległości w oglądaniu seriali - lawina czegoś w rodzaju katharsis właśnie. Coś się znowu ze mną dzieje. Znowu się wzruszam jak ten ślimak :-)
Jeżdżę z Wiktorem na motocyklu i czuję się magicznie. Motocykliści są jak żeglarze - pozdrawiają się przy mijaniu. Przez to zresztą chce mi się jeszcze bardziej rejsu. I lubię to latanie. Lubię jak włosy wyfruwają mi spod kasku i obijają się o moje plecy. Lubię wychylać się zza prawego ramienia Wiktora i kłaść na nim swoją brodę wtulając się mocniej w jego ogromne w motocyklowej kurtce plecy :). I operować głową tak, żeby przy większych prędkościach nie zatykało mi nosa :P
Znowu odwiedzam dawny pokój Wiktora. Czuję jak wszystko pachnie jak kiedyś, wygląda jak kiedyś, przypomina kiedyś. Pókój, który ma zielone ściany, bo ja wtedy ubóstwiałam zielony. Pokój, który pojawił się w życiu Wiktora później ode mnie i już się skończył. A ja nie.
Z Felicją spędzam sześć godzin (od 21 do 3 w nocy) na naszej osiedlowej ławeczce (takie z nas trochę blokerki :>) i nie możemy przestać gadać. Widzimy się od jednych świąt do drugich, kiedy akurat cudem złoży się tak, że ja jestem w Białymstoku, a Fela nie pracuje ani nie ma zajęć. I nic się nie zmienia. Zupełnie nic. Ciągle znamy się. Ciągle możemy mówić o każdej najgłupszej, najsmutniejszej, najszszęśliwszej czy najdziwniejszej dla nas rzeczy. I mamy podobnie. I czujemy się blisko. Zmieniamy się, ale nie w tych najważniejszych kwestiach. Po dziewięciu latach znajomości (w tym pięciu latach codziennej przyjaźni) przez trzy lata spotykałyśmy się tylko średnio raz w miesiącu. Teraz spotykamy się jeszcze rzadziej. Zupełnie rzadko. I nic. Ciągle musimy same się strofować, że już czas do domu. I nigdy wtedy tam nie idziemy. Ani za pierwszym, ani za drugim, ani za trzecim razem. Dopiero gdy czujemy się jak dwie kostki lodu i dochodzimy do spóźnionego wniosku, że we wczesnowiosenne noce piździ niemalże jak zimą, musimy się rozejść. To też magiczne.
Znowu Białystok i znowu wiosną zrobił we mnie trach. Znowu chce mi się przeżywać :> Chcę się rozpłakiwać, cieszyć, chwytać momenty. Mat, zapytałaś mnie kiedyś co lubię tak naprawdę bardzo, tak najbardziej. Wiem, że chodziło Ci bardziej o hobby, a trudno to nim nazwać, ale ja najbardziej, na pewno, uwielbiam, kocham EMOCJE. Żywe emocje :) Wiem, że jestem paskudnie niesmacznie patetyczna, ale jest mi tak dobrze, że mam to gdzieś.
Więc jak widać naprawdę nie mam głowy ani chęci na pisanie żadnych prac - semestralnych, rocznych czy moich życiowych.
I właściwie w pewien sposób tak cholernie się z tego cieszę :)

