niedziela, 29 marca 2009

Męczę się, dręczę się.

Miało być dobrze, miałam być inna, miałam być panią sytuacji, miałam BYĆ nawet jak jestem sama.

Nie jest, nie jestem, nie będę, NIE MA mnie.

Nie umiem półmyśleć, półrozmawiać, półspotykać się, półcałować, półdzwonić, półbyć. Nie jestem mistrzynią półśrodków. Nie wytrzymuję tego. Nie lubię tego. Nie chcę tego rozkroku. Wolę pławić się we wszystkim lub w niczym. Stać obiema nogami po tej samej stronie rzeki. Nie znam złotych środków. Moje pragnienia nie mają umiaru. Chcę się oddawać cała, chcę czerpać ile tylko można.

Jestem bardzo, bardzo zmęczona, stęskniona, rozżalona, niedoceniona i sama.

wtorek, 17 marca 2009

Czasem słońce, czasem deszcz.

W marcu jak w garncu, a we mnie jak w marcu. Czasem leje jak z cebra, ale ja rozdzieram swoje chmury (:>), staram się rozpromieniać słonecznie swoje niepogody (chciałam napisać jeszcze coś o rozdmuchiwaniu swoich wiatrów, ale chyba wyszłoby dość niezgrabnie :>). Próbuję rozwiośniać się w sobie. Momentami skutecznie.

Nie wiem skąd we mnie optymizm. To ja przesadziłam, to ja krytykuję. To ja zamieniam się w złą Różę, która zabija chłodem, bo sama czuje się w środku zagubiona, niezrozumiana, nieukochana, obca. To ja złoszczę, skoro jestem taka zła, nie umiem się zasłużyć, skoro nie zasługuję, nie umiem być wyrozumiała, skoro nie jestem zrozumiana. Ale ktoś kiedyś wspominał o edytkowości, którą można nabyć tylko w zestawie. Nie można sobie wybrać tylko zalet. Albo decydujesz się na komplet, albo rezygnujesz.

Może jestem naiwna, ale w tym moim najśmielszym środku mam nadzieję, że jednak jeszcze zdejmiesz mnie z półki, na którą na razie mnie odłożyłeś. Wiesz, że nie chciałam aż tyle, aż tak, aż do tego stopnia.

Chciałabym powiedzieć Ci tylko tyle (lub aż).

Teraz uczę się motoryzacji - autokontroli, autonomii, autokreacji.

wtorek, 3 marca 2009

Everything's gonna be alright!

Żółw Serafin znowu wyjrzał ze skorupki i zobaczył, że kiedy nie jest schowany w tym pancerzu, to wszystko wygląda znacznie przyjemniej, niż kiedy się go ogląda przez tę dziurę do wystawiania głowy. Rzeczywiście zyskuje się znacznie szerszy punkt widzenia. Można odetchnąć pełną żółwiową piersią (gębą?). Paskudna mżawka zamienia się w przyjemną mgiełkę orzeźwienia dla zgniecionej żółwiowej twarzy. Co więcej, okazuje się, że inne zwierzaki wcale nie są tak dalekie i obce. Mogą Cię nawet przyjacielsko puknąć w ten świeżo wystawiony łeb i pokazać, że wcale nie jest tak mrocznie, jak może się wydawać, gdy się siedzi tam w środku.

Pozwolę sobie jednak porzucić już moje, jakże rozkoszne zresztą (jak z pewnością określiłaby je z wrodzoną sobie ironią kochana profesor Marta), gadzie porównania, bo moja kreatywność w tym temacie zbyt długo nie pożyje, a czytelnicy mogliby się poczuć wyraźnie zdegustowani :> Mogłabym się też, nie daj Boże, zbłaźnić moją przytłaczającą nieznajomością żółwiowej anatomii.

Razem z bonusową kawą Chocolate nut (wiadomo nie od dziś, że darmowe smakuje lepiej :)) i tęsknym spojrzeniem, które utkwił za oknem Afrykanin Max z Pragi nucący Boba Marleya, a także wraz z Małą pragnącą zrzygać się na wszystkie moje wątpliwości, co w dziwny sposób podnosiło mnie na duchu, wlałam w siebie ten mały kawałek wiosny.

Wiktorkowi i weekendowi w Gdyni dziękuję natomiast za lato :)

P.S. Białostockie, tęsknię! :(