Kiedy przypominałam małego chłopca przebranego w sukienkę (a było to dawno temu - żeby nikt nie miał wątpliwości), bardzo często bywało tak, że wyjazd pod namiot, spływ kajakowy, Boże Narodzenie czy inne wydarzenia, które napawają dzieci szczególną ekscytacją, kończyły się u mnie stanami chorobowymi, trwającymi zazwyczaj jeden dzień. Nie dawało się zwykle znaleźć dla nich żadnej logicznej przyczyny, takiej jak "nie nosiła czapki" czy "zgrzała się i wyszła na powietrze", więc uznano, że jest to wyraz przesadnej dziecięcej emocjonalności, nasilającej się szczególnie w obliczu "wielkich wydarzeń". Trochę dla żartu, trochę ze zgryzoty, rodzice często lubili o tej mojej osobliwości opowiadać, więc na potrzeby sprawnej komunikacji (a niech będzie, że np. właśnie dlatego) nazwali ją "gorączką emocjonalną".
Teraz może temperatura nie skacze mi nagle do ponad 39 st. i nie zaczynam spontanicznie chrypieć jak dziad, ale mam wrażenie, że ekcytuję się wciąż równie gówniarsko. Zafascynowuję się niemal psychopatycznie. Zacieszam się niewyrażalnie. Palpitacyjnie się wylękam. Robię z drzazgi belkę, z igły stóg siana, a z Kuby Boga. Małe decyzje wyolbrzymiam do życiowych wyborów. Podniecam się głupstwami, drobiazgami. Próbuję wyprowadzić ze wszystkiego drugie dno jak x z wyrażenia algebraicznego na poziomie podstawówki. Truję się, biję się, analizuję. Każda pierdoła odbija się w mojej głowie echem "Czy powinnam była? Czy powinnam?".
Jeżeli przed chwilą skrzywiłaś/skrzywiłeś się z niesmakiem, spodziewając się, że będę się tak rozwodzić nad bogactwem swoich uczuć w nieskończoność, żeby pokazać, jakie to ze mnie złote dziecko, mylisz się. Ja się tu kajam! Znowu jestem sobą zażenowana. Tak zafascynowała mnie nowa wędeczka, że zapomniałam, że mam nią łowić ryby. Możemy bezustannie cieszyć się, że nie strąciliśmy poprzeczki albo też podskoczyć trzy razy z radości i zmierzyć się z kolejną, wzmocnieni faktem, że z ostatnią jakoś nam poszło (a przecież też nie wierzyliśmy, że rzeczywiście damy radę).
A ja co? A ja oszalałam, rozszczęśliwiłam się, rozmarzyłam i skapciałam, oklapłam, zniesmaczniałam. Zamiast zająć się istotą, zaczęłam się ekscytować okolicznościami towarzyszącymi. Obgryzłam tę delicję dookoła, ale jakoś zapomniałam wgryźć się w galaretkę. Ale oświadczam, że właśnie w tej chwili wstępuje we mnie nowa energia! I to energia DO DZIAŁANIA (czy do bierności też potrzebujemy jakiejś energii?). Wy, którzy mogliście ostatnio cierpieć monotematyczne udręki z mojego strony, wybaczcie. Postaram się odpętlić i zacząć napełniać swoje życie nowymi wydarzeniami. Trzeba znowu zakręcić tym kołem fortuny.


4 komentarze:
Sama sobie skomentuję jako pierwsza. Właśnie zauważyłam coś, co mnie śmieszy. Moje notki można podzielić właściwie na dwie grupy:
a) te, w których mam problem
b) te, w których się odradzam, nawołuję się do boju :)
I nie wiem czy znajdzie się coś, czego nie dałoby się do żadnej z tych grup zakwalifikować. Nie oszukujmy się, dla samych siebie piszemy te nasze blogi :P
Ja miałam 39 st. gorączki po obejrzeniu "Tajemniczego ogrodu" w kinie Moskwa (jeszcze chyba wtedy tak się nazywało- teraz jest tam Silver Screen). Także nie czuj się osamotniona w tej "gorączce emocjonalnej" :)
Jeżeli przeszkadzają Ci gorączki emocjonalne, chcesz skończyć z rozdrabnianiem się na błahostki, które w Twojej głowie nabierają wagi życiowej oraz pragniesz znieczulić się nieco na otaczający Cię świat idź do pracy, która Cię porządnie wypompuje :). Dolegliwości przejdą jak ręką odjął. Chyba, że w gruncie rzeczy lubisz swoją emocjonalność, a nabierając dystansu czułabyś, że coś tracisz - pielęgnuj ją wówczas jak najbardziej i odbieraj jako swoją zaletę. Czyż nie takie rzeczy czynią z nas niepowtarzalnych? :)
Somebody_someone -> rozgryzłeś/aś mnie całkowicie :> rzeczywiście w gruncie rzeczy to lubię. czasem mnie to porządnie męczy i mam dość, ale tak naprawdę jakoś nie mogę sobie wyobrazić siebie jako ozięblaka :) praca może jeszcze poczekać :> pozdrawiam.
Prześlij komentarz