niedziela, 30 sierpnia 2009

Właśnie wstał nowy dzień. Jeszcze raz do zdobycia cały świat, o tym wiem.

Jestem życiowo zadowolona jak nigdy.

Pomorski kryzys (jakie to dwuznaczne :)) z Andżelką został definitywnie zażegnany w bardzo nierzadki sposób zażegnywania kryzysów. Moje nowe mieszkanie jest coraz bliżej mnie. W dodatku pozwoliłam sobie uznać, że nigdy nie będę w niczym najlepsza, bo zawsze znajdzie się KTOŚ i ta pozornie pesymistyczna myśl napełniła mnie niewiarygodną energią i zapałem do robienia tego, co lubię. Wprawdzie Mat zawsze będzie dla mnie mistrzem Photoshopa, nie będę robiła zdjęć jak Damian, nie napiszę żadnej książki (od kiedy w trzeciej klasie podstawówki napisałam jedną o myszce Skrobotce i jej przyjaciołach już mi to jakoś nigdy nie wychodzi) i nigdy nie zawojuję parkietu tak jak mała, ale to wcale nie znaczy, że nie mogę robić tych wszystkich rzeczy tylko dlatego, że ktoś inny też to robi (nawet, jeśli robi to znacznie lepiej). Świat jest zbyt chaotyczny, żeby miała w nim panować zasada "jedno zainteresowanie dla jednej osoby". Oczywiście nie jestem odkrywcza, bo już KTOŚ to na pewno kiedyś o tym pomyślał, ale prawda jest taka, że rzeczywiście ostatnimi czasy hamowało mnie jakieś takie właśnie absurdalne przeświadczenie, że żeby robienie czegokolwiek miało sens, musi być to coś nietuzinkowego, wybitnie artystycznego, jak lepienie wielkich figurek z plasteliny, albo budowanie igloo z papieru, chociaż to też KTOŚ już na pewno kiedyś robił, skoro ja umiałam to przed chwilą pomyśleć.

Zadziwiające, jak bardzo nudne wydają mi się moje notki w nastroju pozytywnym. Chyba jednak coś w tym jest, że prawdziwi twórcy to jednak muszą być w depresji i pod wpływem :) W każdym razie, jak prawdziwy lekkoduch, który robi to, co lubi, nawet jeśli nie do końca umie, idę oddawać się innym przyjemnym rzeczom niż pisanie notek i nawet nic mnie to nie obchodzi, jeśli ktoś zaziewa się przy tej dzisiejszej na śmierć :)

P.S. Przepraszam, że piszę Mat z M, a małą z m, ale Wasze pseudonimy utkwiły w mojej głowie w ten sposób jak jakieś znaki firmowe i już nie da rady inaczej :)

czwartek, 27 sierpnia 2009

Niecierpek, czyli bardzo brzydka notka.

I co z tego, że nie umiem robić parafek i że wstając do toalety w biurze nieruchomości potrącam torbą szklankę wody, która zalewa ten kawałek stołu na którym akurat leży umowa najmu? Gdybym mieszkała pięć minut piechotą od miejsca umówionego spotkania to też umiałabym się nie spóźniać. Czy rzeczywiście jestem taką wyrodną córką, bo nie czuję się komfortowo, kiedy ktoś bezustannie do mnie krzyczy zamiast mówić? Kiedy nagle ktoś zaczyna wiercić w ścianie o którą z drugiej strony ja opieram swoją głowę, mam ochotę zawrzeszczeć się na śmierć. Nigdy nie napiszę żadnego artykułu, bo się boję. Wszystkiego się boję. Nie jestem szarą, zwykłą osobą, a przynajmniej nie jestem osobą, o której się myśli, kiedy szuka się przykładu szarej osoby. Zresztą, o szarej osobie nikt wtedy nie myśli, bo jest zbyt szara, żeby o niej pamiętać. Chyba zresztą w ogóle jej nie ma. Wszędzie mi wierci przez uszy ta wiertarka. Nie lubię, kiedy ktoś wypowiada zdania twierdzące o rzekomych motywach moich postępowań. W każdym razie nie zrobiłam tego dla satysfakcji. Mam zainteresowania. Nie lubię, kiedy ktoś nie dotrzymuje obietnic. Nie lubię tego, że nie umiem reagować właściwie i na czas. Najpierw tłumię, później wybucham. Dlaczego dobre odpowiedzi przychodzą zawsze za późno? Nienawidzę, kiedy ktoś traktuje mnie pobłażliwie. W pewnym momencie nie będę już umiała zaufać. Nie palę nerwowo. Zresztą, przecież wszystko robię nerwowo. Tak bardzo, tak do głębi przejmuje mnie mój PMS. Niektóre szczęśliwe kobiety nie odczuwają jego morderczych skutków i wtedy mogą sobie pozwolić na to, żeby wątpić w jego istnienie.

Jestem zła, wściekła. Nie wiem kiedy i gdzie zrodziło się to poczucie, ale jest wszędzie. Jestem tak zirytowana sobą, że chętnie bym się sama ze sobą potłukła, ale nigdy tego nie robiłam i może jeszcze bym dostała...

Chcę do krainy łagodności.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Mój dom to moja twierdza.

Jestem bezdomna. Moje rzeczy osobiste dzielą się na te, które w nieprzyjemnych kupkach zajmują przestrzeń wiktorowego pokoju, te, które poupychałam na tych półkach, których rodzice nie zdążyli jeszcze zapełnić swoimi rzeczami, te, które pewnie zgubiłam w swojej dawnej klitce i te z mojej walizki, wiecznie rozbebeszone, które przewożę z miejsca w miejsce, czekając, aż ich czas nadejdzie. Sprawia to na mnie smutne wrażenie niepotrzebności. Ich i mojej. Jakby już nigdzie nic na nas nie czekało. Zastanawiam się, czy zawsze już tak będzie.

Olgo, marzy mi się każde gniazdko, byleby już nie miało tego paskudnego wrażenia tymczasowości. By moja przyszła ściana nad łóżkiem zarosła w zdjęcia i plakaty, klejona mocno, bez strachu, że za chwilę trzeba ją będzie i tak ogałacać, żeby moje ubrania mogły odetchnąć w zupełnie nieprowizorycznej szafie, żeby polubił mnie widok za oknem, a buty, jak zawsze nieidealne, wydeptały sobie stałą trasę na autobus. Żebym wreszcie wiedziała w którą stronę WYRUSZAM, a w którą WRACAM.