Jestem życiowo zadowolona jak nigdy.
Pomorski kryzys (jakie to dwuznaczne :)) z Andżelką został definitywnie zażegnany w bardzo nierzadki sposób zażegnywania kryzysów. Moje nowe mieszkanie jest coraz bliżej mnie. W dodatku pozwoliłam sobie uznać, że nigdy nie będę w niczym najlepsza, bo zawsze znajdzie się KTOŚ i ta pozornie pesymistyczna myśl napełniła mnie niewiarygodną energią i zapałem do robienia tego, co lubię. Wprawdzie Mat zawsze będzie dla mnie mistrzem Photoshopa, nie będę robiła zdjęć jak Damian, nie napiszę żadnej książki (od kiedy w trzeciej klasie podstawówki napisałam jedną o myszce Skrobotce i jej przyjaciołach już mi to jakoś nigdy nie wychodzi) i nigdy nie zawojuję parkietu tak jak mała, ale to wcale nie znaczy, że nie mogę robić tych wszystkich rzeczy tylko dlatego, że ktoś inny też to robi (nawet, jeśli robi to znacznie lepiej). Świat jest zbyt chaotyczny, żeby miała w nim panować zasada "jedno zainteresowanie dla jednej osoby". Oczywiście nie jestem odkrywcza, bo już KTOŚ to na pewno kiedyś o tym pomyślał, ale prawda jest taka, że rzeczywiście ostatnimi czasy hamowało mnie jakieś takie właśnie absurdalne przeświadczenie, że żeby robienie czegokolwiek miało sens, musi być to coś nietuzinkowego, wybitnie artystycznego, jak lepienie wielkich figurek z plasteliny, albo budowanie igloo z papieru, chociaż to też KTOŚ już na pewno kiedyś robił, skoro ja umiałam to przed chwilą pomyśleć.
Zadziwiające, jak bardzo nudne wydają mi się moje notki w nastroju pozytywnym. Chyba jednak coś w tym jest, że prawdziwi twórcy to jednak muszą być w depresji i pod wpływem :) W każdym razie, jak prawdziwy lekkoduch, który robi to, co lubi, nawet jeśli nie do końca umie, idę oddawać się innym przyjemnym rzeczom niż pisanie notek i nawet nic mnie to nie obchodzi, jeśli ktoś zaziewa się przy tej dzisiejszej na śmierć :)
Pomorski kryzys (jakie to dwuznaczne :)) z Andżelką został definitywnie zażegnany w bardzo nierzadki sposób zażegnywania kryzysów. Moje nowe mieszkanie jest coraz bliżej mnie. W dodatku pozwoliłam sobie uznać, że nigdy nie będę w niczym najlepsza, bo zawsze znajdzie się KTOŚ i ta pozornie pesymistyczna myśl napełniła mnie niewiarygodną energią i zapałem do robienia tego, co lubię. Wprawdzie Mat zawsze będzie dla mnie mistrzem Photoshopa, nie będę robiła zdjęć jak Damian, nie napiszę żadnej książki (od kiedy w trzeciej klasie podstawówki napisałam jedną o myszce Skrobotce i jej przyjaciołach już mi to jakoś nigdy nie wychodzi) i nigdy nie zawojuję parkietu tak jak mała, ale to wcale nie znaczy, że nie mogę robić tych wszystkich rzeczy tylko dlatego, że ktoś inny też to robi (nawet, jeśli robi to znacznie lepiej). Świat jest zbyt chaotyczny, żeby miała w nim panować zasada "jedno zainteresowanie dla jednej osoby". Oczywiście nie jestem odkrywcza, bo już KTOŚ to na pewno kiedyś o tym pomyślał, ale prawda jest taka, że rzeczywiście ostatnimi czasy hamowało mnie jakieś takie właśnie absurdalne przeświadczenie, że żeby robienie czegokolwiek miało sens, musi być to coś nietuzinkowego, wybitnie artystycznego, jak lepienie wielkich figurek z plasteliny, albo budowanie igloo z papieru, chociaż to też KTOŚ już na pewno kiedyś robił, skoro ja umiałam to przed chwilą pomyśleć.
Zadziwiające, jak bardzo nudne wydają mi się moje notki w nastroju pozytywnym. Chyba jednak coś w tym jest, że prawdziwi twórcy to jednak muszą być w depresji i pod wpływem :) W każdym razie, jak prawdziwy lekkoduch, który robi to, co lubi, nawet jeśli nie do końca umie, idę oddawać się innym przyjemnym rzeczom niż pisanie notek i nawet nic mnie to nie obchodzi, jeśli ktoś zaziewa się przy tej dzisiejszej na śmierć :)
P.S. Przepraszam, że piszę Mat z M, a małą z m, ale Wasze pseudonimy utkwiły w mojej głowie w ten sposób jak jakieś znaki firmowe i już nie da rady inaczej :)

