Białostocka herbatka z Angelką, a także warszawskie piwo z Floryskiem (w tej właśnie kolejności) działają na mnie jak miodek na Kubusia Puchatka i brykanie na tygryska (mimo wszystko bardziej rozumiem tygryska :>). A poza tym niezwykle oczyszczająco wewnętrznie. Czuję, jakbym nagle odzyskiwała pamięć. Nagle znowu wiem, kim jestem, co jest ważne, co chcę robić, jaka chcę być, jaka nie chcę, kto jest dla mnie najważniejszy, gdzie szukać szczęścia i że Andzia już nie mieszka przy ul.Świętego Mikołaja :)
Staram się być wierna sobie. Chociaż jestem tak niepowstrzymanym strumieniem emocji (albo przynajmniej źródełkiem :)) i łatwo rozgryźć, co się we mnie burzy, wcale nie znaczy to, że można dowolnie i z łatwością pokierować moim biegiem. Nie łatwo jest zrobić ze mnie "swoją" rzekę. Słowa są dla mnie ważne, ale nigdy nie wystarczają. Żeby być rzeką, którą możesz popłynąć, muszę CZUĆ, że nie będę tylko krótkim wycinkiem twojej trasy, ułatwieniem w osiągnięciu jakiegoś celu. Muszę wiedzieć, że wybrałeś mnie nie dlatego, że chcesz popłynąć na skróty, ale dlatego, że decydujesz się na dłuższą drogę, chcesz przemierzać ze mną wszystkie moje meandry (i chandry :>). Jestem naiwna, ale nie ufna. Wiem, to brzmi paradoksalnie :>. A jednak.
Tymczasem zaczął się intensywny (dla niektórych :P) okres sesyjny. Pierwszy w życiu :> W trosce o własne, lekko zszargane (po pisaniu wypracowań z poetyki i psychologii rozwojowej oraz kolokwium z kultury języka polskiego) zdrowie, postanowiłam wspaniałomyślnie nie denerwować się sesją, tylko robić swoje. Na razie mi wychodzi. Myślę, że motywuje mnie do tego wspomnienie mojej własnej osoby będącej w połowie trupem po całonocnym pisaniu wypracowania z psycho. Już chyba wszystkim opowiadałam tę rozkoszną historię, ale ku pamięci uczynię to raz jeszcze :) Otóż w akcie desperacji zdarzyło mi się ostatnio próbować zasnąć na Wydziale Polonistyki. Z braku pomysłu, gdzie mogłabym to uczynić, postanowiłam zrobić to w jednej z toaletowych kabin. Usiadłam więc skulona na desce klozetowej, oparłam się czołem o drzwi i próbowałam oddać się w objęcia Morfeusza. Nic z tego jednak nie wyszło, bo bardziej niż skrajne zmęczenie dręczyła mnie wizja pani w kwiaciastym fartuszku chcąca posprzątać toaletę. Oczywiście żadnej takiej pani nie było. W końcu do stanu połowicznego funkcjonowania przywróciły mnie jedynie trzy małe ohydne kawy z wydziałowego automatu. Powinnam już raczej pozostać w czytelni i niepohamowana wstydem zasnąć z nosem w podręczniku z KJP, tak jak miałam ochotę to uczynić po każdych dwóch bezrozumnie przeczytanych zdaniach. Bywa. Studia :)
Newsy z Piwniczki: Pragnę ogłosić, że plastikowe wiaderko z żółtą przykrywką pełne spleśniałych pierożków od babci chłopaków już jakoś od ponad tygodnia świetnie sprawdza się jako podstawka pod lusterko przy którym robię makijaż :) Nie muszę go teraz trzymać drugą ręką (lusterka, nie wiaderka) :) Ale to chyba znak, że czas na generalne porządki.
Staram się być wierna sobie. Chociaż jestem tak niepowstrzymanym strumieniem emocji (albo przynajmniej źródełkiem :)) i łatwo rozgryźć, co się we mnie burzy, wcale nie znaczy to, że można dowolnie i z łatwością pokierować moim biegiem. Nie łatwo jest zrobić ze mnie "swoją" rzekę. Słowa są dla mnie ważne, ale nigdy nie wystarczają. Żeby być rzeką, którą możesz popłynąć, muszę CZUĆ, że nie będę tylko krótkim wycinkiem twojej trasy, ułatwieniem w osiągnięciu jakiegoś celu. Muszę wiedzieć, że wybrałeś mnie nie dlatego, że chcesz popłynąć na skróty, ale dlatego, że decydujesz się na dłuższą drogę, chcesz przemierzać ze mną wszystkie moje meandry (i chandry :>). Jestem naiwna, ale nie ufna. Wiem, to brzmi paradoksalnie :>. A jednak.
Tymczasem zaczął się intensywny (dla niektórych :P) okres sesyjny. Pierwszy w życiu :> W trosce o własne, lekko zszargane (po pisaniu wypracowań z poetyki i psychologii rozwojowej oraz kolokwium z kultury języka polskiego) zdrowie, postanowiłam wspaniałomyślnie nie denerwować się sesją, tylko robić swoje. Na razie mi wychodzi. Myślę, że motywuje mnie do tego wspomnienie mojej własnej osoby będącej w połowie trupem po całonocnym pisaniu wypracowania z psycho. Już chyba wszystkim opowiadałam tę rozkoszną historię, ale ku pamięci uczynię to raz jeszcze :) Otóż w akcie desperacji zdarzyło mi się ostatnio próbować zasnąć na Wydziale Polonistyki. Z braku pomysłu, gdzie mogłabym to uczynić, postanowiłam zrobić to w jednej z toaletowych kabin. Usiadłam więc skulona na desce klozetowej, oparłam się czołem o drzwi i próbowałam oddać się w objęcia Morfeusza. Nic z tego jednak nie wyszło, bo bardziej niż skrajne zmęczenie dręczyła mnie wizja pani w kwiaciastym fartuszku chcąca posprzątać toaletę. Oczywiście żadnej takiej pani nie było. W końcu do stanu połowicznego funkcjonowania przywróciły mnie jedynie trzy małe ohydne kawy z wydziałowego automatu. Powinnam już raczej pozostać w czytelni i niepohamowana wstydem zasnąć z nosem w podręczniku z KJP, tak jak miałam ochotę to uczynić po każdych dwóch bezrozumnie przeczytanych zdaniach. Bywa. Studia :)
Newsy z Piwniczki: Pragnę ogłosić, że plastikowe wiaderko z żółtą przykrywką pełne spleśniałych pierożków od babci chłopaków już jakoś od ponad tygodnia świetnie sprawdza się jako podstawka pod lusterko przy którym robię makijaż :) Nie muszę go teraz trzymać drugą ręką (lusterka, nie wiaderka) :) Ale to chyba znak, że czas na generalne porządki.


