czwartek, 4 sierpnia 2011

Jenže pro takový jako já tu není místo, protože tu chceme mít čisto a nestojíme o nikoho, kdo nám bude podkopávat náš systém jistot.

Będzie długo, nawet bardzo. Bo pewna piosenka przeniosła mnie w czasie. Nie opiszę tego dobrze, ale czuję tamte czasy w sobie. Ołomuniec, przełom września i października. Czuję te momenty, wchodzę w tamtą swoją skórę, młodszą o prawie rok (och, tak, jaka ja jestem stara). Więc będzie. Będzie długo i nudno, bez logiki, bez żadnych zresztą reguł.  To, co akurat przyjdzie do głowy. Zapomnę o najistotniejszych momentach, a opiszę zupełnie niby nieistotne, ale niech już tak będzie, niech sobie tak po prostu popłynę.

Xindl X - Dysgrafik. Słucham w kółko, bez przerwy. Jak głupia.

Mam nawet wrażenie, że to wcale nie ja piszę, ale samo się pisze. 

Czuję, jak wychodzę z klatki C. Zimno w podeszwy. Czuję wilgotne, mroźne powietrze, jakby pełne srebrnych drobinek. Jestem w swoich wymęczonych, poszarpanych dżinsach, w których mogłam chodzić jeszcze tylko w Czechach, gdzie każdy ma to gdzieś, ale tu już nie. Mam też mój ulubiony szary sweter. Gruby, mogę się wtulić w jego wielki kołnierz, powyciągać rękawy. Jestem też w tej swojej czarnej kurtce ze złotymi guzikami w stylu dziewczyny kominiarza. I wiem, jak mi wtedy jest. Mam przeczucie nadchodzącej przygody, jak nigdy czuję życie, jeżeli wiecie, o czym mówię. Tyle się może stać, nic nie wiadomo. Jednocześnie jest mi jednak jakoś obco wśród innych zaspanych studentów wypełzających leniwie z różnych klatek schodowych. 

Czuję też plastikowy zapach ładnej, nowej łazienki w naszym segmencie w erasmusowym akademiku. Tak jakoś nagle przyszedł na myśl (czy też na węch). Nie wiem zresztą jak ten zapach opisać, ale był ładny, bardzo charakterystyczny, mam go teraz w nosie.

Pamiętam dziewczyny z twarzami owiniętymi chustami, w długich, jasnych szatach, a na nich ciepłych kurtkach, ale też w zaskakująco drapieżnych butach na obcasie, których dźwięczny tupot mówił o tym, że ich właścicielki, mimo że poddają się prawom swojej religii czy kultury (nie wiem właściwie dokładnie, nie mówiłam z nimi przecież) są takie jak my wszystkie, lubią czasem zabłysnąć. Przynajmniej tym wysokim, jakby zdjętym z cudzej nogi, tak gryząco obcym reszcie stroju, butem. Ale to było kiedy indziej. Bo było ciemno i wracałam. Po lewej stronie miałam okrągłą, szklaną bańkę recepcji.

Znowu tamto wyjście z klatki do mrozu, który każe chować głowę w ramiona, i przytulać samego siebie, sięgać po ciepło własne, przez co jeszcze bardziej usypia. Czuję się obco, ale tak miło. Tak dobrze anonimowo. Mijam innych sennych ludzi idących z naprzeciwka, z tramwajowej pętli, a zmierzających na Fakultę Tielesne Wychowy (przepraszam, że tak kaleczę zapis, ale klawiatura nie moja, a polską nazwą myśleć już nie mogę). Jest naprawdę mroźno i naprawdę wcześnie. I wciąż to stracho - podniecenie we mnie. Wypełniająca włóczykijowatość. Bo tamte czasy były właśnie takie. Mogłam iść tu czy tam, ale tak naprawdę, NAPRAWDĘ. Wychodziłam i jeszcze nie wiedziałam dokąd. No, może nie rano, ale po południu czy wieczorem. Nie wiem czy mi się to od tamtej pory zdarzyło. 

Bywało też na przykład tak, że sama szłam na piwo i nie byłam wtedy dziwna, ale taka jak każdy. Niby nic, ale mnie sprawiało to jakąś taką niepolską, rumcajską radość. Bo tu bym tak nie zrobiła.

Pamiętam w którym dokładnie miejscu hospody o czerwonych ścianach siedziałam, pochylona nad kserówkami (czy raczej hendałtami), rozwiązując zadania z angielskiego i popijając piwo. Obsługuje mnie krótko ostrzyżona  dziewczyna o przepięknej twarzy i obfitych udach (to drugie zauważyłam zresztą parę miesięcy później, przypadkiem, nie wiem zresztą czemu o tym piszę). Pracowała wtedy tylko raz, okazjonalnie. Pracował z nią też wtedy Kuba. Gej o niezwykłym poczuciu humoru. 

Czuję te papierosy wypalane siedząc na białym biurku przy oknie, z widokiem na sąsiedni blok. I wiecznie to samo ambiwalentne uczucie. Z jednej strony jakiejś bezdomności i bezpańskości, ale z drugiej strony wolności jak nigdy. Sama w dwuosobowym pokoju, bo Kamila już wtedy zaczynała z Zipem. 

Tęsknię do tego cudownego niepokoju, który już nigdy w tej samej postaci nie powróci.

A teraz nagle dla odmiany Ponorka. I ten młody, drobny barman, z śliczną, dziewczęcą wręcz twarzą i blond dreadami i jego dziewczyna, również barmanka, jak z tej piosenki, biodra jak dzwon, wielki biust, pucata, ale ładna buzia. Zuzi (czytaj podobnie jak "sinus"), nosząca między piersiami długopis, którym stawiała na listkach (podłużnych karteczach) kreski. Każda z tych kresek oznaczała jedno piwo. Libor, który za każde moje "pan" podsuwał mi (i sobie  zresztą też) pod nos kieliszek czegoś tajemniczego, bo "najwyraźniej się jeszcze nie poznaliśmy". I Rudi...

Czasem myślę, że nigdy nie będę żyła w jednym miejscu. Chcę zawsze tęsknić. Tęsknić, wspominać, a więc idealizować. Zamieniać rzeczywistość w ciekawe obrazki. Skoro nie umiem się tak cieszyć z teraźniejszości, muszę ją zmieniać, odcinać, odrywać jak pasek z biletu, żeby już nie mieć, oddalić się i móc wspominać. Żeby znowu było inaczej.

Jestem znowu trochę samotna, jak na początku w Czechach, kiedy Kamila zaczynała z Zipem, a ja włóczyłam się sama po Ołomuńcu, tak przyjemnie i dziwnie. I czytałam polską książkę w Kamiennym Szynku, czym raz wzbudziłam szczególne zainteresowanie. O tylu rzeczach miałam czas wtedy myśleć...

W Kamiennym Szynku byłam też kiedyś ze Stevenem, Amerykaninem w kapeluszu i przykurzonej marynarce, najprawdziwszym dekadentem, jakiego poznałam w życiu. Zadziwiające, jak bardzo wszyscy go uwielbiali, mimo że nie robił w tym celu nic specjalnego. Wręcz go to czasem mierziło. Nauczyciel języka angielskiego dzieci w Czechach. Mówił, że najbardziej lubił małą Kasię, którą uczył w Pradze, ale która jednak była Polką. Najbardziej nieznośną dziewczynką z całej tamtej grupy, ale niewiarygodnie bystrą.

I ta staruszka, którą spotkaliśmy razem. Kiedy dowiedziała się, że jestem Polką, głaskała mnie po policzku i to mówiła, że jestem ładna, to znowu tłumaczyła ze łzami w oczach jakieś historyczne konflikty Polaków z Czechami, o których szczerze nie miałam zielonego pojęcia i właściwie nie bardzo nawet rozumiałam jej inną nieco czeszczyznę, płynącą z tego rozedrganego gardła. Pamiętam tylko, że mówiła: "To nie była wasza wina, nie mogliście przecież pomóc" i  że to wszystko razem, takie dziwne i nieprawdopodobne, bardzo mnie przejęło.

3 komentarze:

olga pisze...

to jest bardzo ładna notka.

helanahelu pisze...

aż się rozmarzyłam i westchnęłam.. Olo - kouzelné město..
dzięki:)

atyde pisze...

do usług :)