poniedziałek, 22 marca 2010

Happiness new seemed so near me. Happiness come forth and heal me.

I'm dreaming dreams,
I'm scheming schemes,
I'm building castles high.
They're born anew,
Their days are few,
Just like a sweet butterfly.
And as the daylight is dawning,
They come again in the morning.

Znowu mamy ten ranek. Znowu patrzymy trochę wyżej. Tak bezdotykowo głaszczemy się nawzajem po głowach i mówimy "Ciii, już dobrze". I czujemy, że tym razem wiosna już zostanie. I cieszymy się tym aż tak bardzo, że wydaje się to w końcu trochę głupie. Czy nasze poczucie szczęścia może aż tak bardzo zależeć od pogody? Nie wiem czy aż tak bardzo, ale chyba jednak znacznie. A może raczej chodzi o tę naszą powszechną tęsknotę za ciepłem, która nas ze sobą skleja. Uwewnętrzniamy w sobie wiosnę. Odświeżamy nasze playlisty. Nakładamy kiecki, na które wciąż jest trochę za zimno. Lekko podmarzamy w wiosennych kurtkach, ale jesteśmy szczęśliwi, że to w ogóle możliwe, że mamy je na sobie. Z Olgą wwąchujemy się w zapach ulicy, a każde nasze wyjście na balkon wiąże się z pytaniem "Czujesz to?". 

I jeszcze mam to cudowne poczucie, że każdy mój najdrobniejszy ruch jest jak taki haczyk na liście. Jakbym wypełniała punkty jakiegoś nieznanego planu. Każdy mój krok coraz bardziej zbliża mnie do wielkiego rozwiązania. Nie wiem kiedy ono nastąpi. Może jestem w połowie tej listy, a może na początku, ale za każdym razem sunę do przodu. Nie wiem czym ma ono być. Nie wiem nic, ale towarzyszy mi ta dziwna pewność, że wszystko to prowadzi do czegoś określonego. Jakbym przypięła sobie skrzydła i teraz sama napędzała tego swojego motyla od efektów. Jakbym machała sobie nimi na rozgrzewkę przed odlotem do pięknego miejsca. Do swojego nowego, prawdziwego Teksasu. 


When cattle creep,
When I'm asleep,
To lands of hope I stray.
Then at daybreak,
When I awake,
My bluebird flutters away.
Happiness new seemed so near me,
Happiness come forth and heal me.


[tekst: I'm Forever Blowing Bubbles, piosenka uznawana za hymn angielskiego zespołu piłkarskiego West Ham United]

wtorek, 2 marca 2010

Jen se z toho neposer, Serafine!

Kiedy przypominałam małego chłopca przebranego w sukienkę (a było to dawno temu - żeby nikt nie miał wątpliwości), bardzo często bywało tak, że wyjazd pod namiot, spływ kajakowy, Boże Narodzenie czy inne wydarzenia, które napawają dzieci szczególną ekscytacją, kończyły się u mnie stanami chorobowymi, trwającymi zazwyczaj jeden dzień. Nie dawało się zwykle znaleźć dla nich żadnej logicznej przyczyny, takiej jak "nie nosiła czapki" czy "zgrzała się i wyszła na powietrze", więc uznano, że jest to wyraz przesadnej dziecięcej emocjonalności, nasilającej się szczególnie w obliczu "wielkich wydarzeń". Trochę dla żartu, trochę ze zgryzoty, rodzice często lubili o tej mojej osobliwości opowiadać, więc na potrzeby sprawnej komunikacji (a niech będzie, że np. właśnie dlatego) nazwali ją "gorączką emocjonalną". 

Teraz może temperatura nie skacze mi nagle do ponad 39 st. i nie zaczynam spontanicznie chrypieć jak dziad, ale mam wrażenie, że ekcytuję się wciąż równie gówniarsko. Zafascynowuję się niemal psychopatycznie. Zacieszam się niewyrażalnie. Palpitacyjnie się wylękam. Robię z drzazgi belkę, z igły stóg siana, a z Kuby Boga. Małe decyzje wyolbrzymiam do życiowych wyborów. Podniecam się głupstwami, drobiazgami. Próbuję wyprowadzić ze wszystkiego drugie dno jak x z wyrażenia algebraicznego na poziomie podstawówki. Truję się, biję się, analizuję. Każda pierdoła odbija się w mojej głowie echem "Czy powinnam była? Czy powinnam?".

Jeżeli przed chwilą skrzywiłaś/skrzywiłeś się z niesmakiem, spodziewając się, że będę się tak  rozwodzić nad bogactwem swoich uczuć w nieskończoność, żeby pokazać, jakie to ze mnie złote dziecko, mylisz się. Ja się tu kajam! Znowu jestem sobą zażenowana. Tak zafascynowała mnie nowa wędeczka, że zapomniałam, że mam nią łowić ryby. Możemy bezustannie cieszyć się, że nie strąciliśmy poprzeczki albo też podskoczyć trzy razy z radości i zmierzyć się z kolejną, wzmocnieni faktem, że z ostatnią jakoś nam poszło (a przecież też nie wierzyliśmy, że rzeczywiście damy radę).

A ja co? A ja oszalałam, rozszczęśliwiłam się, rozmarzyłam i skapciałam, oklapłam, zniesmaczniałam. Zamiast zająć się istotą, zaczęłam się ekscytować okolicznościami towarzyszącymi. Obgryzłam tę delicję dookoła, ale jakoś zapomniałam wgryźć się w galaretkę. Ale oświadczam, że właśnie w tej chwili wstępuje we mnie nowa energia! I to energia DO DZIAŁANIA (czy do bierności też potrzebujemy jakiejś energii?). Wy, którzy mogliście ostatnio cierpieć monotematyczne udręki z mojego strony, wybaczcie. Postaram się odpętlić i zacząć napełniać swoje życie nowymi wydarzeniami. Trzeba znowu zakręcić tym kołem fortuny.