Pamiętam, że Gia została przez kogoś nazwana pieskiem, który przykleja się do ludzi, skamląc "Kochaj mnie, kochaj mnie, kochaj!". Wiem, że dalmatyńczyków jest sto jeden, ale... "Mnie też, mnie też, mnie też!". Przywiązałam się tak bardzo głupio, a teraz czuję się wywieziona w bagażniku do lasu. A przecież sama się uwiązałam do tej budy, chociaż nawet nie wiem jak i kiedy. Kiedy łańcuch pęka zbyt nagle, wtedy daje po pysku. Znowu, znowu, znowu. Zabolała mnie kolejna prawda - ludzie mijają. Jeśliby to przyjąć za bezwzględną regułę, wtedy chyba nie chciałoby się już nigdy nikogo poznawać. Za duże ryzyko. Nigdy przecież nie możesz przewidzieć, kiedy Polubienie Kogoś ruszy do ataku. Może cię wziąć z zaskoczenia, tak, że nawet nie zdążysz się obejrzeć. Gdybyśmy chcieli sobie wyobrazić, że nagle wszystko, co stale jest przy nas, pozostaje w bezruchu, a wszystko, co istnieje dla nas nie od zawsze i nie na zawsze, zaczyna szybko pędzić, zostalibyśmy całkowicie sami, otoczeni jakąś wirującą bańką. Jestem w niej. Dlatego właśnie, kiedy bańka zaczyna przerażająco przyśpieszać, wyciągam ręce i próbuję chwytać, chociażby nawet za ucho (chociaż zwykle raczej za czarne baczki, kolczyki w sutkach albo za wiecznie gładkie nogi), kogo tylko zdołam. I proszę o to, o co mogę prosić. "Kochaj mnie, kochaj mnie, kochaj jak najdłużej!".