Jest lepiej. Przesiadłam się na siedzenie obok kierowcy. Teraz widzę jak ci z naprzeciwka krzepiąco mrugają do mnie światłami. Grzeję się w zadziwiającym ciepełku spojrzeń. Mam wrażenie, że jestem potrzebna. Czuję, że innym czasem dobrze ze mną być. Poza tym uwierzyłam, że warto próbować zmieniać trasę, kiedy nie podoba nam się krajobraz. I że ludzie tak często są sprzyjający. Mam różne nadzieje. Potrafię się na czymś naprawdę skupić - czeski ogarniam (i kocham!) na bieżąco. Salsa budzi we mnie kobiecość. Potrafię też załatwić (tak trochę :>) wymianę domofonu, oddać komputer na gwarancję, a także wyjść z domu w czapce, co wbrew pozorom wymaga niemałej odwagi :>
Czasem nawet prawie chwytam za kółko, ale nie dosięgam, bo pasy za ciasne, a fotel wysunięty za daleko. Mam wrażenie jakby coś za chwilę miało się wydarzyć. Jakbym była tak blisko tej linii za którą mogę wszystko, ale ciągle nie umiem jej przekroczyć, bo strasznie tchórzę. Tak bardzo, bardzo tchórzę. Wiecznie tchórzę. W sposób masochistyczny rozstrząsam każdą możliwą sytuację, w której mogłam postąpić trochę inaczej, każde słowo, które mogłam zastąpić trafniejszym, każdy chwiejny krok, który mogłam pewniej postawić, wszystko, co mogłam zrobić, a nie zrobiłam i czego nie musiałam zrobić, a zrobiłam. I im bardziej to roztrząsam, tym bardziej tchórzę przed tym, co dalej. Chciałabym wiedzieć, że to kiedyś minie, ale nastolatką już nie jestem i od niedawna już nigdy nie będę, a jakoś ciągle nic się nie zmienia.
Czasem tylko czuję, jak płonie we mnie potencjał :> Ale wystarczy jeden krzywy ruch, jedno niedające się określić spojrzenie, niewinna krytyka albo nawet jedynie brak aprobaty w momencie, kiedy jej oczekuję, a natychmiast gasnę.
Drodzy czytelnicy, proszę wybaczyć ten po raz kolejny pozbawiony wyraźnej kompozycji strumień świadomości, ale za bardzo się w środku kłębię i chyba piję za dużo kawy.
Czasem nawet prawie chwytam za kółko, ale nie dosięgam, bo pasy za ciasne, a fotel wysunięty za daleko. Mam wrażenie jakby coś za chwilę miało się wydarzyć. Jakbym była tak blisko tej linii za którą mogę wszystko, ale ciągle nie umiem jej przekroczyć, bo strasznie tchórzę. Tak bardzo, bardzo tchórzę. Wiecznie tchórzę. W sposób masochistyczny rozstrząsam każdą możliwą sytuację, w której mogłam postąpić trochę inaczej, każde słowo, które mogłam zastąpić trafniejszym, każdy chwiejny krok, który mogłam pewniej postawić, wszystko, co mogłam zrobić, a nie zrobiłam i czego nie musiałam zrobić, a zrobiłam. I im bardziej to roztrząsam, tym bardziej tchórzę przed tym, co dalej. Chciałabym wiedzieć, że to kiedyś minie, ale nastolatką już nie jestem i od niedawna już nigdy nie będę, a jakoś ciągle nic się nie zmienia.
Czasem tylko czuję, jak płonie we mnie potencjał :> Ale wystarczy jeden krzywy ruch, jedno niedające się określić spojrzenie, niewinna krytyka albo nawet jedynie brak aprobaty w momencie, kiedy jej oczekuję, a natychmiast gasnę.
Drodzy czytelnicy, proszę wybaczyć ten po raz kolejny pozbawiony wyraźnej kompozycji strumień świadomości, ale za bardzo się w środku kłębię i chyba piję za dużo kawy.


6 komentarzy:
chyba jestem w tej notce :)
jest bardzo ładna. i podoba mi się zakończenie.
Jesteś :)
Człowiek nigdy nie będzie szczęśliwy, bo kiedy już dopchasz ten wielki kamień pod górkę, to nagle przypominasz sobie, że chcesz jeszcze tego i tego i tamtego. Cała zabawa od nowa i cały trud od początku. Pamiętaj bejbe :) Ja np ostatnio postanawiam żyć życiem, a nie celami jakie sobie ustawię. Działa. Kiedy Cię zobaczę, kózko? :>
A w ogóle, to zapomniałam napisać, że jesteś piękną dziewczynką :*
KOBIETĄ! :D
Dziękuję :P
A w Białymstoku będę pewnie jakoś na początku grudnia :)
Prześlij komentarz