czwartek, 7 czerwca 2012

You can't start the new chapter of your life...

... if you keep re-reading the last one.

Oczywiście, że wciąż jestem dumna. Jestem dumna, że się odważyłam. Ja, wiecznie niedojrzały Serafin, robiący w gacie za każdym razem, kiedy trzeba zadzwonić w jakiejś sprawie, drżący przed drzwiami sekretariatów, dziekanatów i biur, ja - wstydniś, ja - tchórzofretka... bla bla bla, tyle razy już mówiłam o tym,  że to super, bo uwierzyłam i dałam radę.

Oczywiście, że wciąż uważam, że dziesięć miesięcy w Olo było jednym z najurodzajniejszych okresów w moim życiu. Chlubię się, chwalę się, jestem pod wrażeniem. Ale dziś zdałam sobie sprawę, że jestem pod tym wrażeniem już przez rok. A kiedy cieszysz się z czegoś przez rok, wtedy ta radość staje się smutna, bo to trochę tak, jakby przez rok nic innego cię nie ucieszyło. I jak jesteś z czegoś dumna przez rok, wtedy czujesz się trochę tak, jakbyś z niczego innego przez ten rok nie mogła być dumna. 

Kiedy odkryłam "czeskość", z przyjemnością przygarnęłam to przyjazne dla mnie poletko i pochłonęłam je jako jakąś tam część swojego "ja", ale kiedy to zaczyna być niemalże jedyną rzeczą, którą twoi znajomi mogą o tobie powiedzieć, a może, co gorsza, jedyną rzeczą, którą sama o sobie od roku mówisz, wtedy to definiowanie siebie tylko przez ten jeden pryzmat zaczyna być naprawdę smutne.

Nie wiem, co się złożyło na ten rok, skoro jakoś mi to uleciało, skoro niczego nie zauważyłam. Ale robi mi się już trochę niedobrze od słuchania samej siebie - słuchania o Olo (wróciłam rok temu), o byłych chłopakach (ostatni - rok temu), o nowo poznanych (przed co najmniej rokiem) ludziach, od ekscytowania się przygodami sprzed lat i od powtarzania swoich życiowych prawd, które w zasadzie wciąż są w porządku, ale trochę straciły na uroku od czasów, kiedy były odbiciami bieżących (wówczas) wydarzeń, wypływały z nowych (wówczas) doświadczeń, a teraz skostniały i zgubiły ten pierwiastek nowego odkrycia, świeżego uświadomienia sobie, jaki im na początku towarzyszył. Jestem znużona. 

Cały rok czekałam, żeby coś się znowu zadziało.
Teraz chyba w końcu przyszedł czas na to, żeby samemu coś zadziać.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Nieistnienie.

Nadszedł długo wyczekiwany okres pisania prac rocznych = notki czas.

Pozrzędzę. Jestem Serafinem nielotem. 

jestem serafinem nielotem
i choć powinnam się wziąć za robotę
ze wszystkich sił nie chcieć próbuję
tego, czego mi brakuje
bo tylko na to mam ochotę

Poniosło mnie :]

Poniosło, ale sama z siebie wznieść się ostatnio właśnie nie mogę. Mimo wielości skrzydeł.
Wznieść się nad moje E.S. 

Rozciamciałam się. Za dużo się zwierzam, za mało się trzymam w sobie. Poszłam na szwie. Wierz mi, to nieistnienie jest najpiękniejszą rzeczą, jaką mogę ci ofiarować (Do widzenia, do jutra, reż. Janusz Morgenstern). A ja chyba ostatnio istnieję za bardzo. Zdążyłam się już pozachłystywać swoją samowystarczalnością i już mam dość, więc mówię: mogę się sobą podzielić. Ale nie miałabym mówić. Ludzie nas chcą, dopóki nas nie mają, dopóki nie mogą mieć. Dopóki myślą, że nie mogą. A ja ostatnio wręcz krzyczę "Weź mnie!" (i jeszcze o tym napiszę na blogu, dla pewności, żeby na pewno było wiadomo, że krzyczę). I mam wrażenie, że im bardziej się otwieram, tym wydaję się tańsza, łatwiejsza, słabsza. I tym samym tracę wartość. I nawet jak nie krzyczę z siebie, to wciąż krzyczę całą sobą. I na nic to wszystko. Ja już nawet nie tyle chcę tego, czego chcę, ale chociaż chcę na powrót nie chcieć. Ja się o to chcenie nie prosiłam. Mogę odstąpić. Więc staram się o tym nie myśleć. Jak? Myśląc: "nie myśl o tym". O dziwo nie skutkuje. 


poniedziałek, 6 lutego 2012

Talent wie, kiedy przestać.

Talent wie, kiedy przestać. 
[z filmu "Nic osobistego", reż. Urszula Antoniak]

A mnie się ostatnio zbyt wiele rzeczy wydaje o dwa kroki za daleko. O kilka słów, a czasem po prostu o jedno piwo. Może też o jedno "ja" za wcześnie wystawione na widok. O jedną rozmowę, jedną wiadomość albo o kilka minut przed tym, zanim się wyszło. Czasem o jedną część garderoby. Albo o jedne drzwi. 

Jest coś smutnego w tym pośpiechu. Brakuje cierpliwości, żeby po raz kolejny oswajać, żeby znowu się skradać, znowu po kawałeczku, ostrożnie kokietować sobą i delektować się. Bywa, że już się zwyczajnie nie chce po raz kolejny, milimetr po milimetrze, przesuwać po tym kruchym lodzie, żeby w końcu i tak się pod tobą urwał. Czasem chce się porządnie tupnąć już na początku drogi. Wiadomo, że wtedy szanse na przejście na drugi brzeg są znacznie mniejsze, prawie żadne, ale właściwie czy ten lód, którego szukamy, nie powinien być tak silny, że i to go nie załamie? 

Nie, to nie tak. Ale to była całkiem niezła próba usprawiedliwienia się. 

Boże, znowu te pieprzone metafory. Nie umiem jakoś wprost. A ja tylko chcę powiedzieć, że za czymś bardzo tęsknię. Za czymś raczej nieokreślonym, za jakimś przewrotem, nowym sensem, kolejnym celem, czymś/kimś. Tylko chyba jakoś zbyt łakomie. Tak sobie niby powtarzam, że TU i TERAZ, że KAŻDA CHWILA itp., ale właśnie wtedy, kiedy powinnam o tym pamiętać, coś złego we mnie chce jak najszybciej przewinąć tę taśmę, żeby sprawdzić, co dalej. Albo nawet po prostu, żeby już mieć to z głowy. Więc rzucam się na to życie jak głodny na kanapkę, zbyt łakomie. I nawet nie zdążę dobrze poczuć, jak smakuje, a już czuję się nim przejedzona i jest mi niedobrze.

A wtedy nie jest mi dobrze. 

wtorek, 31 stycznia 2012

"Słabość chwilowa" aneb "Telefony w mojej głowie".

Bez przerwy trrrrrrrrrrrrrr.

Jedno trrrr trrrr trrrr - nie słyszę. Po chwili znowu trrr trrrr trrrr - nic.
Trzecie trrr trrr trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr - wariuję. 

TrrrrrrrrrRRRrRrRrrrrrRRRRrrrRRrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrRRRRrrrrrrrrrrrRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRR.

Aż znienawidziłam piosenkę The Hives - Walk Idiot Walk

- To nie odbieraj po prostu.

No i co z tego? Odebrać czy nie odebrać - kwestia drugorzędna. Męczy mnie tylko to wciśnięcie mnie w postać TELEFONO-MAJĄCĄ-ODEBRAĆ. A już wciskanie mnie w tę rolę z taką częstotliwością - mordercze. 

- To wyłącz po prostu ten telefon.

Na chwilę jest mi lżej. Ale już po chwili jestem osobą TELEFONO-WYŁĄCZAJĄCĄ-ŻEBY-NIE-SŁYSZEĆ-JAK-DZWONI, a w gruncie rzeczy wciąż osobą TELEFONO-MAJĄCĄ-ODEBRAĆ.
Nic z tego. 

Tak jak w tym jakimś tam dowcipie o ludziach w autobusie - jakby ktoś pierdnął mi przed nosem i kazał nie wąchać.

I tak ze wszystkim.

Stawianie kogoś w jakiejś sytuacji - najbardziej zmyślna forma zniewolenia.
Właściwie nie można się od niej uwolnić. I nie można jej udowodnić.

Myślałam, że już przeszło, ale czas marzeń o moim małym niebycie trwa. 
Utopię telefon, laptopa, świat. I pojadę, obiecuję. GDZIEŚ.
(Ciekawe czy tę utopię też utopię*).
Tylko czy ma ktoś pożyczyć zegarek na rękę?

Może być i na nogę. Tylko nie w telefonie.

http://www.youtube.com/watch?v=BF0SccCAnfQ


*pozdrawiam Lao Che.

niedziela, 22 stycznia 2012

How to disappear completely.

Chciałabym sobie tak chwilkę ponieistnieć. Tak tylko na chwilkę. Żeby wszystko we mnie zaczęło maszerować z tej samej nogi. Teraz każde idzie jak chce, jedno stara się wyrównać do drugiego, ale wtedy to trzecie, które chciało właśnie wyrównać do tego jednego, które chciało wyrównać do drugiego, znowu potyka się o własne nogi i już zupełnie nie wie, co i jak, i już prawie sunie lajkonikiem, licząc na to, że się w końcu zgra. A żeby tak oni tam we mnie w środku mogli przystanąć, tak na chwilę. Wtedy może mogliby ruszyć znowu, już teraz równo, z tej samej nogi. Mogliby się najpierw dogadać z której. I nie byłoby wtedy tego całego bałaganu, tego oglądania się na siebie, zezowania, tylko każde patrzyłoby dumnie i z odwagą w przyszłość i równym, wspólnym krokiem wybijałoby pewny rytm mojego życia. Ale tak bez chwilowego ponieistnienia to ja nie wiem...

sobota, 1 października 2011

Poznawać pragnę cię, pragnę cię, pragnę cię w zachwycie.

Mam rude włosy, dwa kierunki studiów i sześć serafińskich skrzydeł, na których się unoszę.
Nie mam chłopaka, połowy swoich rzeczy, które zostały w Czechach i zmartwień.
Chciałabym pisać, bo jest mi dobrze.
Nie potrafię pisać, bo jest mi dobrze.