[z filmu "Nic osobistego", reż. Urszula Antoniak]
A mnie się ostatnio zbyt wiele rzeczy wydaje o dwa kroki za daleko. O kilka słów, a czasem po prostu o jedno piwo. Może też o jedno "ja" za wcześnie wystawione na widok. O jedną rozmowę, jedną wiadomość albo o kilka minut przed tym, zanim się wyszło. Czasem o jedną część garderoby. Albo o jedne drzwi.
Jest coś smutnego w tym pośpiechu. Brakuje cierpliwości, żeby po raz kolejny oswajać, żeby znowu się skradać, znowu po kawałeczku, ostrożnie kokietować sobą i delektować się. Bywa, że już się zwyczajnie nie chce po raz kolejny, milimetr po milimetrze, przesuwać po tym kruchym lodzie, żeby w końcu i tak się pod tobą urwał. Czasem chce się porządnie tupnąć już na początku drogi. Wiadomo, że wtedy szanse na przejście na drugi brzeg są znacznie mniejsze, prawie żadne, ale właściwie czy ten lód, którego szukamy, nie powinien być tak silny, że i to go nie załamie?
Nie, to nie tak. Ale to była całkiem niezła próba usprawiedliwienia się.
Boże, znowu te pieprzone metafory. Nie umiem jakoś wprost. A ja tylko chcę powiedzieć, że za czymś bardzo tęsknię. Za czymś raczej nieokreślonym, za jakimś przewrotem, nowym sensem, kolejnym celem, czymś/kimś. Tylko chyba jakoś zbyt łakomie. Tak sobie niby powtarzam, że TU i TERAZ, że KAŻDA CHWILA itp., ale właśnie wtedy, kiedy powinnam o tym pamiętać, coś złego we mnie chce jak najszybciej przewinąć tę taśmę, żeby sprawdzić, co dalej. Albo nawet po prostu, żeby już mieć to z głowy. Więc rzucam się na to życie jak głodny na kanapkę, zbyt łakomie. I nawet nie zdążę dobrze poczuć, jak smakuje, a już czuję się nim przejedzona i jest mi niedobrze.
A wtedy nie jest mi dobrze.

