Pamiętasz, jak powiedziałam, że w części Ci nie ufam? Nie chciałam sprawić Ci przykrości. Masz rację, nie można ufać tylko trochę. Albo się ufa, albo nie. Jeśli masz jakąś najmniejszą wątpliwość, to już nie ufasz. Zaufanie nie podlega gradacji. Nie podlega? Muszę o tym jeszcze pomyśleć. Niby skąd się wzięło wyrażenie "Mieć do kogoś pełne zaufanie"? Ale to nie jest ważne. Po kilku miesiącach może już wiem, jak wyjaśnić to, co Ci chciałam przekazać.
Ludzie lubią wierzyć, że nigdy nie zrobiliby niczego, czego nie powinni i że zawsze zrobiliby to, co powinni. Lubią np. w myślach bohatersko wstawiać się za kimś, przeciwko komu są wszyscy. Lubią też udzielać pierwszej pomocy i ratować z pożaru. Lubią też wybierać śmierć zamiast utraty godności. Nie zjadać siebie nawzajem, kiedy umierają z głodu. Lubią wierzyć, że są spolegliwi. I że nic nie jest w stanie złamać ich moralnych zasad. Żadna sytuacja nie jest w stanie ich na tyle zaskoczyć, aby chowali się wbrew sobie. Bezwzględnie ufają swemu nigdy i zawsze.
I ja im wierzę, że wierzą. Zdają sobie sprawę, jak bardzo są o tym przekonani. Wiem, bo też należę do tej grupy (to, że być może zabrzmiałam, jakbym postawiła samą siebie trochę z boku, a nawet ponad, wynika tylko z nieumiejętności innej ilustracji problemu). Musimy wierzyć, że jesteśmy dobrzy. I że będziemy, bez względu na sytuację.
I tak właśnie jest. Jestem przekonana o tym, że w sytuacjach krytycznych będziemy wierni swoim ideałom. Nie złamiemy swoich zasad. Nie możemy tylko być pewni, czy wówczas będziemy mieć takie same ideały i takie same zasady. Wierzę w dobre chęci i w silne pragnienia. Ale nie wierzę, kiedy ktoś mi mówi, że z pewnością postąpiłby tak, a nie inaczej bez względu na okoliczności. Tylko w to nie umiem wierzyć. Szkoda, pewnie mogłabym być weselsza.

